Cyfrodziewczyny kontra Brotopia

Udało mi się w końcu usiąść do bloga. Kolejna część pisania Ego w Elixirze poczeka, a teraz obiecana i wyczekiwana, przez co poniektórych recenzja podwójna. Zanim jednak przejdziemy do mięska, muszę was ostrzec. Poniższe książki traktują o podobnym temacie, ale nie można ich bezpośrednio porównywać. Opisują dwie różne epoki w dwóch różnych systemach politycznych. Nie mam też tutaj zamiaru rozstrzygać czy PRLowski komunizm był lepszy dla kobiet w kontekście rynku pracy, czy też współczesny neoliberalizm na rynku IT w amerykańskim wykonaniu jest zły. Zostawię ten temat wykopowym ekspertom.

Okładka Brotopia
Tytuł: Brotopia
Autor: Emily Chang
Rok: 2019 (2018 EN)
ISBN: 978-83-954-1060-4

O czym jest ta książka? Jeżeli przyjmiemy prostą interpretację, to będzie ona o silnie zmaskulinizowanym zawodzie, w którym kobiety są niemile widziane. Będzie to też historia kilkunastu kobiet, które spotkały się z różnego rodzaju zachowaniami, które w cywilizacji zachodniej kwalifikuje się jako molestowanie seksualne. Mówię tu o cywilizacji zachodniej, ponieważ istnieją różnice w postrzeganiu tego, co jest molestowaniem lub niestosownym zachowaniem u nas, w USA, w krajach UE, czy w Japonii. I raczej mam tu na myśli drobnostki niż przestępstwa.

Emily Chang jest znana ze swojego feminizmu i wspierania mniejszości. Czy to rzutuje na książkę? Do pewnego stopnia, ponieważ wybrała ona taki, a nie inny temat. Z drugiej strony w spójny i sensowny sposób przedstawia fakty. Jej bohaterkami są kobiety, które są w jakiś sposób znane w Dolinie Krzemowej. Czy to jako kobiety sukcesu jak Susan WojcickiW, czy też jako sygnalistka, które zaczęły „kręcić Małysza” w temacie molestowania jak Susan FowlerW. Pod tym względem autorka gra fair i pokazuje, że nie wszystko jest OK niezależnie od poziomu korpo hierarchii, na którym jesteśmy.

Sama książka zaczyna się od historii tesów predyspozycji William Cannona i Dallis Perriego i tego jak wpłynęły one na kształt rynku pracy w IT. Niestety jest tu bardzo dużo uproszczeń, które mogą prowadzić do błędnych wniosków, że przez źle skonstruowane testy, branża wyparła kobiety. Co prawda są też wspomniane „komputery jako zabawki dla chłopców”, ale nadal brakuje tu kompletnej analizy zjawiska. Co ciekawe w Cyfrodziewczynach dużo lepiej widać przyczyny, które w USA „zamyka się” w hasłach o niezbyt sensownym teście kompetencji i samo nakręcającej się nerdoizacji branży. O tym jednak za chwilę. Znajdziemy tutaj też opisaną późniejszą historię przekształcania się IT w „męską” dziedzinę. Pierwsza część to też opis historii powstania tzw. Mafii Paypala, debunk mitu merytokracji czy też opis znanego z innych branży mechanizmu zatrudniania przez polecenia. Całość ładnie zamknięta historią Google, które miało dobre chęci, sensowne procesy, a i tak się było wyjebało na rowerku „diversity”.

Kolejna część książki (część nie jest tożsama z rozdziałem), to zbiór historii związanych z molestowaniem, dyskryminacją i poniżaniem kobiet. Będzie tutaj o niestosownych zachowaniach na imprezach integracyjnych, ale też o tym jak płeć wpływa na ocenę przez VC, czy o tym, w jaki sposób załatwia się interesy. Mamy więc historię Ubera, gdzie szef był społecznym prymitywem, ale miał niezłe kontakty. Mamy kluby ze stritizem, gdzie załatwia się biznesy. Mamy w końcu opis różnych pseudodziałań ze strony korporacji, które udają, że chcą rozwiązać problem. Co ciekawe mamy tutaj też widoczny podział na różne podbranże naszej Kochanej Branżuni. Inaczej sprawy załatwia się w startupach, inaczej w korpo, a jeszcze inaczej wśród twórców gier.

Na koniec autorka funduje nam krótki rozdział, gdzie opisuje, co branżunia mogłaby zrobić, by było lepiej. Jest tu też poruszony „problem” mniejszości zarówno etnicznych jak i seksualnych. Rzecz w tym, że cały pomysł na naprawę sytuacji opiera się o błędne założenia, że możemy poświęcić jakość kadr oraz jakość produktu w imię budowania różnorodności. Niestety taki mechanizm nie będzie działał, bo jest to strategia przegrywająca na rynku. Cóż, amerykanie są dziwni, ale ta dziwność powoduje, że ich biznesy dobrze działają.

Czy warto?

Moim zdaniem warto. Książka jest dobra, choć jeżeli ktoś chciałby ją przełożyć jeden do jednego na nasze Polskie warunki, to będzie to bezsensowne. Daje jednak wgląd w pewne mechanizmy, które rządzą rynkiem w USA. W naszym zhomogenizowanym społeczeństwie, w którym za „inność” etniczną uważa się mówienie jo zamiast tak, wiele problemów po prostu nie istnieje. Ewentualnie ich siła rażenia jest stosunkowo niewielka. Książka jest też ciekawym studium samego biznesu. Różnic, które występują pomiędzy USA i Europą, a które mogą powodować, że nasze pomysły będą działać inaczej tu i tam.

Okładka Cyfrodziewczyny
Tytuł: Cyfrodziewczyny
Autor: Karolina Wasilewska
Rok: 2020
ISBN: 978-83-662-3287-7

Reportaż, zbiór wywiadów, czy powieść historyczna? Trudno powiedzieć. Cyfrodziewczyny, to kilkanaście zredagowanych rozmów, które ułożone według chronologii budują nam obraz polskiego IT od wczesnych lat 50-tych, aż do upadku PRLu. Pośrednio też możemy poznać współczesne losy bohaterek. Całość zaczyna się od skrótowej historii komputerów na zachodzie i kończy się mniej więcej na wspomnianym tu wcześniej teście kompetencji zawodowych. Mając taką „bazę”, autorka przechodzi do pierwszych polskich maszyn, czyli ARAL i ARR. Koniec końców wstęp do naszej historii kończy się powstaniem EMAL-a i pojawieniem się ogłoszeń o pracy na UW i PW…

Później jesteśmy prowadzeni przez historię pierwszych polskich komputerów jak XYZ, serii ZAM i UMC. Każda z tych historii to też historia jakiejś grupy kobiet, które trafiły do zakładów badawczo-rozwojowych prosto po studiach. Mamy też ELWRO i historię rywalizacji pomiędzy Warszawą i Wrocławiem. Jednak wraz z upływem czasu widać, że polityka coraz bardziej wchodzi w IT. Mamy tu też mały debunk sławnego K202. W dużym skrócie – jak zawsze polityka dała o sobie znać. I to nawet nie na zasadzie, że ZSRR coś tam chciało, bo przy okazji i tak był problem z projektem RIAD, czyli takim pan-demoludowym komputerem. Tutaj wyszła zwykła przepychanka między ludźmi i ich animozje.

I w sumie to jest tyle… Serio. Można by się rozpisywać, o poszczególnych etapach, ale ta książka, to dobre opracowanie historii. Zakończenie, omawia obecny udział kobiet w IT. Jest trochę marudzenia o różnicach w wychowaniu czy promocji różnych projektów, ale to takie wypełniacze.

Czy warto?

Tak. Szczególnie w pakiecie z Brotopią. Inaczej nie będzie można zrozumieć tej pierwszej. Jest to też ciekawa lekcja historii informatyki oraz źródło dobrych historyjek, które tak naprawdę nie różnią się wiele od współczesnych problemów z którymi musimy się mierzyć 😀

3 myśli na temat “Cyfrodziewczyny kontra Brotopia

  1. @Roger, nie znam Rusta 😀 Co do Elixira, to jego składnia bazuje na Rubym, bo twórca, Jose Valim, był jednym z commiterów RoR. Jeśli chodzi o grafikę, to trzeba by zrobić jakiś port do istniejących blibliotek, a to jest czasochłonne i chyba jednak mało opłacalne. Z drugiej strony mamy Live View, które potrafi robić grafikę przez www. Szybkość… Elixir nie jest klonem Erlanga, ale działa na maszynie BEAM. Zatem będzie nie szybszy niż sam erlang. Ten znowuż ma ograniczenia, bo był projektowany z myślą o trochę innych operacjach niż matematyka.

  2. Elixir to konkurencja dla Go, Nim, Crystal, Idris, D wszystkie te języki maja GC? Rust to bardziej Zig, C++20, Swift.

Napisz odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

To create code blocks or other preformatted text, indent by four spaces:

    This will be displayed in a monospaced font. The first four 
    spaces will be stripped off, but all other whitespace
    will be preserved.
    
    Markdown is turned off in code blocks:
     [This is not a link](http://example.com)

To create not a block, but an inline code span, use backticks:

Here is some inline `code`.

For more help see http://daringfireball.net/projects/markdown/syntax